20 września 2016


Obiecuję i obiecuję, że kiedyś będę pisać regularnie, wydaje mi się jednak, że to nigdy nie nastąpi a czasy prawie świetności bloga nie powrócą. Chyba nie powinnam tego pisać, bo to raczej nie zachęci ludzi do powrotu..  ale taka już smutna prawda jest, jestem cholernym leniem..
Ale jak już znajdę wenę i obudzą się we mnie marzenia żeby zostać wielką blogerką to coś tam naskrobie. Tak też i dziś.. Siedzę na szwedzkiej kanapie i rozmyślam nad życie. Rozpatruje wiele opcji, szukam swojej drogi, po raz kolejny się poddaję i zawierzam wszystko mojej przyszłej blogowej karierze, dlatego wróciłam. Niby tak narzekam na to moje życie, ale wcale nie jest tak źle. Od powrotu z Ameryki nic tylko się lenię i podróżuję, niestety nie za darmo, więc moje oszczędności dość szybko maleją, nie jest jednak jeszcze tak źle żebym zaczęła się martwić. Właśnie wróciłam z Włoch, ale o tym jeszcze nie tak szybko. Jakaś chronologia przecież musi być. Zacznijmy od Polski. 

Polska czyli wakacje rodzinne. Po roku wspinaczki i chodzenia po górach w Ameryce chciałam się pochwalić jaką to wyrobiłam sobie kondycje, zapomniałam jednak, że przez ostatnie kilka tygodni leżałam naprzemiennie na dwóch kanapach.. tej polskiej i szwedzkiej, a mama podkładała mi pod nos Polskie smakołyki.. Więc się trochę zmęczyłam a Sokolica czy Trzy korony były dla mnie nie lada wyzwaniem. Kilka zdjęć najpierw z tygodniowego pobytu w Beskidzie śląskim który muszę z przykrością stwierdzić specjalnie mnie nie urzekł. A później piękne, polskie Pieniny. 












Za jakiś czas, dodam post o krótkiej wizycie w Niemczech i ponownym Kalifornijskim zjednoczeniu, I jak to jest wrócić do rzeczywistości po Amerykańskim śnie. Ktoś poprosił o podsumowujący post z Ameryki zobaczę co mogę w tej sprawie zrobić, bo ja i podsumowania to nie jest dobra kombinacja...

Do następnego, Ciao :)
Polskie góry.
14:41

Polskie góry.

17 sierpnia 2016


Stałam na lotnisku Chopina z dwoma wielkimi walizkami, plecakiem i przytłaczającym jet lagiem zmęczona po 30 godzinnej podróży z Kalifornii poprzez Teksas i Londyn aż do Warszawy, czekając na zbawienie. Ja i całe moje życie, po rocznej przygodzie na obcym kontynencie znów wylądowałam w moim kraju. Ledwie idąc, ciągnąc mój dobytek wychodzę na główną sale przylotów i widzę moją Tutę machającą kartką witamy w Polsce.. 


Wróciłam, a to wszystko miało miejsce już dwa miesiące temu, chyba nigdy nie zrozumiem jak niesamowitym zjawiskiem jest czas. Od tamtego dnia już zdążyłam się trochę powłóczyć i mieć najciekawsze wakacje życia. Najpierw zostałam na chwilę w Warszawie, żeby skutecznie zaaklimatyzować się do nowej Polskiej rzeczywistości. Piłam polskie piwa, jeździłam komunikacją publiczną i zajadałam się białym serem. Wmawiałam sobie, że szybko się zaaklimatyzowałam a w nocy podjadałam jogurty. 



Po kilku dniach w końcu wróciłam do domu. Gdzie napawałam się Polską wsią i świeżym powietrzem. Zajadałam się prawdziwymi owocami, warzywami.. zresztą jadałam wiele i cieszyłam się że to już nie do mnie należy obowiązek gotowania, przynajmniej na chwilę. Chodziłam po lasach i karmiłam kozy.







Po kilku dniach jak już te wszystkie atrakcje mi się znudziły, zaczęłam organizować spotkania ze znajomymi, nad wodą, nad piwem.. nawet sok był dobry byleby tylko nie siedzieć w domu. Robiłam roadtripy i spotykałam się z wiernymi fanami bloga hhaha.









No a potem poleciałam, mówią że za miłością i chyba coś w tym prawdy jest. A wywiało mnie do Szwecji, przez Kraków i Warszawę żeby w końcu dolecieć do Malmo, które przywitało mnie płaczącymi chmurami szczęścia. Mieliśmy jechać do pobliskiego Parku narodowego ale zaczęło okropnie padać więc obraliśmy kierunek dom. Oh dobrze mi było w Szwecji, pogoda rozpieszczała, nowi znajomi i nowe podróże. Ale zaczęliśmy od podziwiania okolicy, przepięknych jezior, zamków i powalających zachodów słońca nad morzem. 











Później zaczęły się małe podróże. W pierwszym tygodniu pojechaliśmy na kilka dni do Sztokholmu czyli stolicy Szwecji. Chodziliśmy po starym mieście i zajadaliśmy się goframi z lodem. Ostatniego dnia pojechaliśmy do parku rozrywki gdzie podziwialiśmy zachód słońca z ogromnej karuzeli i po raz pierwszy w życiu trzęsąc się ze strachu poszłam na swobodny zwis.. Było świetnie!











Nie miałam zbyt wiele czasu żeby zanudzić się w domu bo dwa dni po powrocie korzystając z kilku dni wolnego pojechaliśmy na Szwedzką wyspę w poszukiwaniu perfekcyjnego miejsca na kemping. Nasza wizja perfekcji to widok na morze, trochę lasu gdzie można rozłożyć namiot i dobre drzewa do rozłożenia hamaka. Dostaliśmy to i jeszcze więcej, zresztą zobaczcie. Wyspa Oland.












Później przyszedł czas powrotu do domu, małego leniuchowania i nic nie robienia.. Ale długo nie usiedzieliśmy, oboje mamy coś takiego co wiecznie pcha nas do robienia, podróżowania, doświadczania. I tak wylądowaliśmy na festiwalu muzycznym gdzie ludzie budzą się o 16 a idą spać o 9 rano, gdzie w jednym miejscu można zjeść całą kuchnię świata i gdzie śpi się w warunkach w jakich nie wyobrażałam sobie że kiedykolwiek zasnę. Po festiwalu żeby nam się za bardzo nie znudziło wzięliśmy małą szwedzką łódkę i popłynęliśmy na jedną z licznych wysp by zasnąć na hamaku a później w namiocie przy dźwięku fal rozbijających się o brzeg.









Ah cóż to było za życie. A potem 2 tygodnie temu ponownie postawiłam swoje stopy na Polskiej ziemi. I pojechałam w góry, ale o tym już innym razem.

Ciao!

Poland. Sweden. Poland.
15:56

Poland. Sweden. Poland.